O krawcach, Adamie i kozie

Krawcy chyba nigdy nie mieli łatwego życia. Nawet ten biblijny. Adam był pierwszym
człowiekiem, stworzonym przez Boga na Jego obraz i podobieństwo. Razem ze
swoją małżonką Ewą, według opisów w Księdze Rodzaju, dali początek na tym padole
łez – Ziemi. Zanim na zawsze raj stał się dla nich (i dla nas) utracony, mieszkali sobie
w Edenie, gdzie mogli robić wszystko. No, prawie wszystko, bowiem jedyną rzeczą, jakiej
zakazał im Bóg, było podjadanie owoców z drzewa poznania dobra i zła. Jednakże
nasi protoplaści złamali ten nie wcale surowy zakaz i w finale my musimy się użerać ze
swoją codzienną egzystencją nie wśród rajskich krzewów, a wśród samych siebie, targani
własnymi namiętnościami i słabostkami. Cóż, zapewne Adam w grobie się przewraca,
skoro już całe pokolenia mu złorzeczą… Kiedy Adam i Ewa naruszyli Boże zarządzenie,
z przerażeniem odkryli, że są nadzy. Dotąd jakoś brak odzienia zupełnie im nie przeszkadzał,
ale przekroczenie granic naznaczonych przez Stwórcę spowodowało naruszenie
boskiego pierwiastka w duszy człowieka. Pycha i nieposłuszeństwo, tak cwanie zapoczątkowane
przez szatana, zupełnie zmieniły ich priorytety. Zerwał zatem Adam listki
z drzewa figowego i przykrył nagość swoją i Ewy. Pomysłowość naszego praojca zatem
stała się pierwszym, mistrzowskim – trzeba przyznać, rzemieślniczym majstersztykiem
na miarę wszech czasów. Och, pewnie nie raz i nie dwa żałował Adam swego występku,
a owoc z drzewa poznania dobra i zła kością mu w gardle stawał… Tak samo zresztą
żałował jeden krawiec, kolejny, który uległ czczej propagandzie, tym razem nie szatana,
a kozuchy-kłamczuchy.
Dawno, dawno temu żył sobie pewien ubogi krawiec, który miał trzech synów i cudowną
kozę, posiadającą dar gadania ludzkim głosem. Zadaniem kozy było dawanie tyle
mleka, aby można było wyżywić czteroosobową rodzinę, dlatego krawiec bardzo dbał
o zwierzaka. Któregoś razu wysłał najstarszego syna, aby popasał kozę i by dopilnował,
żeby najadła się do syta. Syn cały Boży dzień stosował się do zaleceń ojca, niemalże chuchając
i dmuchając na podopieczną. Po powrocie krawiec zapytał zwierzaka, czy jest
najedzony, na co koza odparła, że przez calusieńki dzionek nie skubnęła ni listeczka, ni
ździebełka trawy. Krawiec wpadł w gniew! Najpierw syna zwymyślał, a następnie jeszcze
kijami otłukł i wygnał z domu. Następnego dnia wysłał z kozą drugiego z synów,
a sytuacja się powtórzyła. Koza zeznała, że głodowała cały dzień, a młodzieniec w finale
jeszcze batów parę oberwał i z domu musiał pójść. Trzeciego dnia z kozuchą na łąki poszedł
najmłodszy, ale i on nie uniknął gniewu ojca, gdyż zwierzę uparcie twierdziło, że
nie jadło znowu cały dzionek, więc i najmłodszy zakosztował ojcowego pasa i wygnany
został z domu.
Krawiec, jako że już wszystkich synów z domu pogonił, nie miał wyjścia, musiał sam
pójść kozę pasać. Zwierzę żarło, aż mu się uszy trzęsły, ale kiedy krawiec w domu zapytał,
czy nie jest głodne, koza wciąż uparcie twierdziła, że nie jadła nic dzień cały. Zafrasował
się krawiec okrutnie, gdyż zrozumiał, że niesprawiedliwie potraktował swych potomków,
najpierw, kiedy dał im w skórę, a potem, kiedy wyrzucił ich z domu. Wówczas kozę
obił za jej kłamstwa bezczelne i wygnał precz od siebie.
Po odejściu z domu najstarszy syn został stolarzem. Znalazł się jeden taki, co go zatrudnił
u siebie i zawodu wyuczył. Kiedy przyszedł czas na opuszczenie zakładu przez
chłopaka, stolarz podarował mu czarodziejski stolik. Stolik na wezwanie „Stoliczku, nakryj
się!”, sam zapełniał się wszelkiego rodzaju jadłem i napitkiem. Syn krawca podziękował
pięknie swojemu majstrowi i wyruszył w drogę do domu, mając nadzieję, że ojciec
przyjmie go z powrotem pod swój dach. Po drodze zatrzymał się w karczmie, a że młody
był jeszcze i głupi, to pochwalił się karczmarzowi, jaki skarb posiada. Chciwy karczmarz
podmienił nocą stoliki, a prawda wyszła na jaw dopiero wówczas, gdy syn dotarł do ojcowskiego
domu i chciał wyprawić ucztę dla starego krawca i jego przyjaciół.
Tymczasem średni syn najął się na termin u młynarza. I młynarz chłopaka u siebie
zatrudnił, i zawodu wyuczył. Kiedy przyszedł czas na pożegnanie pracodawcy, ten podarował
uczniowi magicznego osiołka. Jak wymówiło się zaklęcie „Osiołku, połóż się!”,
wylatywały z niego złote monety! Syn krawca pięknie majstrowi podziękował i wyruszył
do domu, jak i starszy brat mając nadzieję, że ojciec go z powrotem weźmie. W tej samej karczmie się zatrzymał, zawierzył karczmarzowi, który wykorzystał naiwność młynarczyka
i podmienił osiołki. Chłopak zorientował się, że został niecnie okradziony dopiero
u ojca w domu. Najmłodszy z synów krawca trafił do tokarza. I ten dobry człowiek ulitował się nad
biedakiem i do pracy wziął do siebie, zawodu wyuczył. Jak przyszedł czas na powrót,
majster podarował mu wór czarodziejski, z którego na magiczne wezwanie „Bij, kiju-samobiju!”,
wyskakiwał kijaszek i okładał delikwenta po plecach. Chłopak wiedział już, co
się stało z braćmi, więc tym bardziej pięknie podziękował i wyruszył do domu. Zatrzymał
się w tej samej karczmie, co i starsi bracia. Powiedział nieuczciwemu karczmarzowi, że
w worku trzyma cenne skarby, po czym poszedł spać. Udając, że już zasnął, czekał cierpliwie
na wizytę gospodarza. Kiedy chciwiec zakradł się, aby podmienić worki, zerwał
się chyżo najmłodszy i zaklęcie wymówił, aby kije-samobije zdrowo wygarbowały skórę
złodzieja. Przyłapany na gorącym uczynku karczmarz nie dość, że przeprosił, to jeszcze
oddał i stoliczek czarodziejski, i osiołka. Najmłodszy wrócił do ojcowskiego domu z kijami
i skradzionymi przez karczmarza rzeczami, a w domu zapanowała radość i dostatek.
A co się z kozuchą-kłamczuchą stało? Wygnana koza szachrajka ukryła się w lisiej jamie.
Lis, przerażony wtargnięciem kozy do swojej nory, poprosił o pomoc niedźwiedzia
w wykurzeniu intruza z domu. Ale niedźwiedź, zobaczywszy dwoje groźnie patrzących
na niego ślepi tak się przestraszył, że uciekł, bo myślał, że to smok jakowyś albo inny
potwór. Kozie radę dała dopiero malusieńka pszczółka, która użądliła podstępnego zwierzaka
w zadek. Koza beknęła wcale nie kozim głosem i jak zaczęła uciekać, tak ucieka
chyba po dziś dzień, bo słuch wszelaki po niej zaginął...

Komentarze